Mój ojciec, co każe mi wszystko zjeść,
bo co to będzie, jak talerz niepełny.
On chce mi samochód dać, nauczyć mnie jeździć,
ale gwizdem swym wstrzymuje, gwałtownie i stanowczo.
Starszy chłopak mnie bije, na oczach innych,
a ojciec, przypadkiem tam będąc, mnie ratuje,
choć na wieczność tym piętnem mnie trwale.
Ojciec z talerzem przed sobą,
jakby życie swe pożerał,
lecz na parkiecie, w nowym garniturze,
walca tańczy, w zadumie roztańczony.
Na zawsze, tylko na zawsze,
coż to za dziwne uczucie nosić was w sobie przez cały czas.
Na zawsze, tylko na zawsze,
piętno chwili, co wiecznie tkwi tam, w głębiach pamięci.
A ona, której uchwycić się nie da,
uśmiecha się, odwraca, szyderczo łaska.
I mówi, jak bardzo kocha mnie,
a ja ufam w słowa jej miękkość.
Dłoń dziecięca, co pierwsza mnie dotknęła,
chce ode mnie przysięgi, a żyłka na skroni pulsuje.
A ona była zbyt pewna,
nadmiernie silna, znamiennej swojej przewagi.
Przed odejściem mi pozoruje profil,
gestem doskonałym, elegancko wyważonym.
Na zawsze, tylko na zawsze,
coż to za dziwne uczucie nosić was w sobie przez cały czas.
Na zawsze, tylko na zawsze,
piętno chwili, co wiecznie tkwi tam, w głębiach pamięci.
Na zawsze, tylko na zawsze,
Moja matka przygotowuje kolację,
Sanremo cicho śpiewając.
Głowę ojca pieści delikatnie,
mówiąc cicho: "Uda nam się, zobaczysz, przetrwamy."
Na zawsze, tylko na zawsze,
coż to za dziwne uczucie nosić was w sobie przez cały czas.
Na zawsze, tylko na zawsze,
piętno chwili, co wiecznie tkwi tam, w głębiach pamięci.
Na zawsze, tylko na zawsze,
coż to za dziwne uczucie nosić was w sobie przez cały czas.
Przetłumaczone przez sztuczną inteligencję
Popraw
lub Zgłoś
Historia edycji tłumaczenia