Salon piękności na końcu zaułka
pełen jest marynarzy, co aż huczy
spróbuj zapytać, która godzina,
a ktoś powie: „Nigdy tego nie poczułem.”
Pocztówki z szubienicy za grosze kupisz,
na ślepego komisarza za stacją trafisz,
za wskazówkę gotów ci czytać z pecha,
gdzie fortuna cię w tej chwili zastała.
I służby porządku niespokojne
szukają czegoś, co nie gra dzisiaj,
a ja z moją panią zerkamy przez okno
na ubogą drogę nocy tej.
Kopciuszek łatwo zniewala uśmiechem,
jak Bette Davis biodra łagodnie opiera,
nagła miłość Romea dobiega końca,
gdy ktoś mu szepcze: „Odejdź i nie wracaj.”
Gdy karetka odjeżdża z ulicy,
jedyny dźwięk to miotła Kopciuszka
wciąż zamiatająca ten biedny zaułek.
Gdy świt zanim księżyc zdusił blask,
a gwiazdy gdzieś schowały się w ciemności,
ta, co wróżyła, z karczmarzem razem
odeszli na deser miłosnych rozkoszy.
Z wyjątkiem Abla i Kaina wszyscy
toną w miłości, na deszcz czekając,
który rozwodni radość i bólu
na naszej biednej ulicy.
Samarzyn pochyla się nad miłosierdziem,
na karnawał gotów ruszyć tej nocy,
tam, gdzie pustka kryje nędzę uśmiechem.
Trzej Królowie zrozpaczeni, bo Dzieciątko
zamieniło się w zgrzybiałego starca,
Mister Hyde łzy leje, patrząc,
jak Jekyll śmieje się w lustrze diabelnie.
Ofelia za oknem zamyślona, nigdy
nikt nie powiedział jej, że piękna jest,
w młodym wieku zdążyła
starości doczekać się.
Jej śmierć romantyzmem pobrzmiewać będzie,
gdy przemieni się złotem przygasać,
a póki co stąpa po tej nędznej ulicy.
Einstein się przebrał za włóczęgę,
notatki ukrył w starym kufrze,
przemknął tędy przed krótką chwilą,
zmierzając w stronę Ultima Thule.
Tak nieśmiały i przestraszony zdawał się,
gdy zapytał, czy posiedzieć może chwilkę,
lecz potem wziął się za fajkę
i recytował alfabet jak dziecko.
A gdybyś widział jego twarz teraz,
kto by pomyślał, że kiedyś był gwiazdą,
grając na skrzypcach w tej zapomnianej ulicy.
Na wielką ucztę szykują się tu wszyscy,
gdy pragnienie coraz silniej narasta,
Duch Opery w habicie księdza
Casanovę karmi miłosnym szeptem.
Równocześnie jego zmysły dusi,
po krzywdzącą sentymentu dawkę,
aż w końcu trwoga w nim zapłacze,
gdy śmierć zaciska na nim swoje pazury.
Neptun Nicpoń znów figury wyczynia,
bo Titanic tonie w porannym brzasku,
na szalupach ścisk, wszyscy w miejscu stoją,
a kapitan krzyczy: „Tu ich jeszcze więcej wejdzie!”
Ezra Pound z T.S. Eliotem na mostku się biją
z kąśliwym śmiechem kalipso ich mija,
gdy horyzont nieba wartko oddala się.
Łowią kwiaty w ich morskim oknie,
wymachując gałązkami mimózy w tle,
tu już nikt nie musi martwić się
biednym zaułkiem, co niczego nie kryje.
Pod osłoną nocy robią co zwykle,
policjanci zakładają kajdany na ręce
tym, co wiedzą więcej, niż im się śniło,
i ciągnięci są ku kalwarii bez liku.
Kapral Adolf ostrzega, że przejadą
przez komin, los gdzieś ich wyśle mocarny,
a wiatr się śmieje szaleńczo jak zawsze,
w biedną ulicę drwiąc, pieczętując klęskę.
Ostrzegałeś mnie w liście sprzed dnia,
pisząc, co cię trapi i gnębi na chwilę,
ale nie bądź śmieszna, by pytać,
jak tu u mnie, pewnie, że niezmiennie.
Ci ludzie, o których piszesz, to tylko
ludzie jak my, zdani na los nieszczęśliwy,
to nie potwory, nie są bohaterami,
więc nie pisz więcej, nie oczekuj odzewu.
Jeśli będziesz wysyłać wciąż nowiny,
nikogo już nie znajdziesz, by odpowiedział,
gdy wciąż będą przychodzić z tej
podłej, biednej, obłudnej ulicy.
Przetłumaczone przez sztuczną inteligencję
Popraw
lub Zgłoś
Historia edycji tłumaczenia